„Na pewno nie pozostaniesz z boku, ponieważ nic jeszcze się nie skończyło”: obszerny wywiad z anarchistami Akichiro Gajewskim-Chanadą i Andriejem Czepiukiem
W 2020 roku anarchiści Akichiro Gajewskij-Chanada i Andriej Czepiuk znaleźli się wśród pierwszych osób zatrzymanych w sprawach karnych o charakterze politycznym. Początkowo wszystkim aresztowanym zarzucano udział i organizację protestów, choć niektórzy nawet nie zdążyli aktywnie zaangażować się w demonstracje.
Z czasem lista oskarżeń rosła, pojawiały się kolejne artykuły kodeksu karnego, a anarchistów przedstawiono jako organizatorów i członków międzynarodowej grupy przestępczej mającej działać w Białorusi, Ukrainie i w Rosji. Prawie dwa lata śledztwa, przesłuchań i przetrzymywania w areszcie zakończyły się procesem sądowym, który toczył się za zamkniętymi drzwiami – z dala od opinii publicznej – by ukryć absurdalność stawianych zarzutów. Dziesięciu oskarżonych zostało skazanych na kary od 5 do 18 lat pozbawienia wolności za rzekome przestępstwa sfabrykowane przez GUBOP.
Andriej Czepiuk, po odbyciu sześciu lat kary, w dniu wyjścia z więzienia został ponownie zakuty w kajdany przez funkcjonariuszy GUBOP i przewieziony na przesłuchanie dotyczące wydarzeń sprzed 15 lat. Choć później został zwolniony, objęto go ścisłym nadzorem prewencyjnym i zakazano opuszczania Białorusi. Dzięki determinacji po kilku miesiącach udało mu się uciec z kraju. Z kolei Akichiro Gajewskij-Chanada został skazany na 16 lat kolonii karnej. Jego los potoczył się jednak inaczej – jako obywatel Japonii został niespodziewanie zwolniony i wywieziony z Białorusi dzięki negocjacjom między administracją Donalda Trumpa, a reżimem Łukaszenki.

Dzisiaj, pięć lat po pierwszych zatrzymaniach w sprawie „międzynarodowej grupy przestępczej anarchistów”, rozpoczynamy cykl wywiadów z Akichiro Gajewskim-Chanadą oraz Andriejem Czepiukiem. W pierwszej części naszej długiej rozmowy analizujemy, jak to jest być jednym z pierwszych zatrzymanych, widzieć wzrost i spadek aktywności protestacyjnej społeczeństwa, obserwować zmianę „pokoleniową” więźniów politycznych, doświadczać dziesiątek historii, tracić nadzieję i odczuwać bezsilność z powodu wojny na Ukrainie. Wreszcie, jak sobie radzić wychodząc na wolność, gdy w więzieniu pozostają towarzysze?
Rok 2025. Kilkoro z was wychodzi na wolność – ty, Andrieju, Akichiro, a także Andrej Marac i Danił Chul – ale cofnijmy się do 2020 roku. W sierpniu protesty osiągają apogeum. Po raz pierwszy od lat Białorusini pokazują swoją siłę jako podmiot polityczny, w otwartej konfrontacji z reżimem. Akichiro, zostajesz zatrzymany 12 sierpnia – trzy dni po wyborach. Wszystko dzieje się tak szybko; tracisz możliwość uczestnictwa w wydarzeniach i widzisz je później jakby zza szklanego muru. Andriej, ty z kolei zostałeś zatrzymany 2 października.Możesz obserwować przełomowe tygodnie protestów, czując puls ulic pełnych determinacji. I mimo to również trafiasz do więzienia – wydawać by się mogło, że właśnie wtedy wszystko miało się zmienić, że reżim miał runąć. A wy te chwile przegapiliście. Czy mieliście z tego powodu żal? Jakie były nastroje? Czy były nadzieje na szybką zmianę sytuacji i kiedy się rozwiały?
Akichiro: Ludzie osadzeni w więzieniu w 2020 roku byli pełni energii i emocji. Ich postawa zdecydowanie różni się od tych, którzy trafili za kratki w latach późniejszych, w 2021 czy 2022 roku. Mam wrażenie, że ta energia, którą miało „pokolenie politycznych więźniów” z 2020 roku, pozostała z nimi. Kiedy widuje się ich w kolonii karnej, albo już na wolności, widać wyraźnie, że ci osadzeni latem i jesienią 2020 roku mieli szczególny rodzaj naładowania, chociaż sami nie uczestniczyli bezpośrednio w protestach. Czasami przybiera to wyjątkową
formę, jak na przykładzie Siergieja Cichanowskiego. On również wciąż działa na tej fali z 2020 roku, napędzany tym samym zapałem. Ja także czułem tę energię i zatrzymałem ją w sobie na czas odbywania kary. Jesienią 2020 roku byliśmy przekonani, że reżim długo nie przetrwa – myśleliśmy: góra półtora roku i coś się wydarzy, granica została już przekroczona. Wydawało się wtedy, że w takiej sytuacji reżim Łukaszenki nie ma szans na długie istnienie. Z tego powodu wszedłem nawet w spór z jedną osobą, prognozując, że w 2025 roku Łukaszenka nie będzie już obecny w wyborach. Cóż, koniec końców przegrałem ten zakład.
Oczywiście, żałowałem, że zostałem zatrzymany tak wcześnie, szczególnie gdy z czasem zdałem sobie sprawę, że wyrok będzie surowy i zupełnie nieadekwatny do popełnionych czynów. W takich momentach myślisz, że należało zmienić pewne względy ostrożności czy czynniki, które powstrzymywały przed działaniem. Może trzeba było zrobić więcej albo znaleźć się w więzieniu kilka miesięcy później, kiedy wydarzenia mogłyby bardziej się rozwinąć. Chciałem bardzo zobaczyć tę samoorganizację na poziomie dzielnic czy miejsc pracy; to, jak wszystkie sfery życia społeczeństwa zostały w taki lub inny sposób upolitycznione i jak wszyscy aktywnie się w to angażują. Taki autentyczny wybuch społecznej energii.
Przez wiele lat myślałem, że jeśli dojdzie do szeroko zakrojonych protestów, będzie to moment pełen nadziei i zarazem wyjątkowo interesujący. Tymczasem rzeczywistość już od pierwszych dni zweryfikowała te oczekiwania – trafiłem do więzienia, gdzie możliwość obserwowania sytuacji była mocno ograniczona. Informacje docierały przez gazety, które wciąż jeszcze coś publikowały, albo za pośrednictwem adwokatów, którzy mogli przekazywać wiadomości. Przyjeżdżali też nowi ludzie, ale wszystko to odbywało się w mocno zawężonym kręgu. Pod koniec wiosny 2021 roku stało się jasne, że na razie nic z tych wydarzeń nie przyniesie większych zmian. Mimo, że żałowałem, iż zatrzymano mnie tak szybko, nadal
czułem się częścią tego, co się działo. Nawet w więzieniu można dokonywać pewnych wyborów i mimo ograniczeń w jakiś sposób uczestniczyć w wydarzeniach, które mają miejsce.
Andriej: Chciałbym powiedzieć to nieco inaczej: Wszystko zależało od otoczenia i sytuacji. Gdy w celi zbierały się osoby z kręgu inteligencji politycznej — bardziej teoretycy niż faktyczni uczestnicy organizacji czy protestów, na przykład reporterzy, blogerzy lub osoby, które obserwowały wydarzenia raczej biernie — często pojawiały się różne opinie dotyczące perspektyw oraz celów protestów. Chciałbym jednak podkreślić, że był czas, gdy wydawało się, że ulica zaczyna cichnąć. Na przykład w listopadzie praktycznie sami emeryci organizowali marsze przez kilka niedziel, co sprawiało wrażenie, jakby protesty były już na wyczerpaniu. Jednak później aktywność na poziomie lokalnym, w ramach podwórek na osiedlach, dodała wydarzeniom nowej energii i wiary, że to nie musi tak się zakończyć.
Uwielbiałem tę oddolną samorządność obywatelską — taki rozwój wydarzeń wydawał mi się idealny, zwłaszcza w kontraście do tego, co miało miejsce w dniach 9-12 sierpnia. Tak sprawnie organizująca się społeczność bardzo mnie zaskoczyła i zachwyciła. Widok ludzi, którzy spontanicznie zbierali się i sami budowali potrzebną infrastrukturę, był niezwykle inspirujący i dodawał mi energii na wiele miesięcy — prawdopodobnie aż do czasu wybuchu wojny.

Jednocześnie interesujące było obserwowanie mechanizmów represji. W 2020 roku i na początku 2021 roku zdarzało się, że w areszcie śledczym można było dostrzec, jak osadzano grupy ludzi podobne do naszej. Z zaciekawieniem przyglądaliśmy się tej tendencji, analizując, jakie artykuły kodeksu karnego były stosowane, jakie grupy zatrzymywano, a także jakie sprawy kryminalne prowadzono. Początkowo wszystkie zatrzymane osoby były objęte jednym artykułem, w ramach jednej szeroko zakrojonej sprawy dotyczącej masowych zamieszek. Z czasem jednak zaczęto dzielić te zatrzymania na odrębne postępowania. W późniejszym okresie, mniej więcej od połowy 2021 roku, sytuacja zaczęła się zmieniać. Pojawiła się większa różnorodność wykorzystywanych artykułów oraz typów spraw i zatrzymań. Coraz częściej można było zauważyć przypadki stosowania mniej jednoznacznych czy kuriozalnych przepisów. Jednocześnie zmieniono kodeks postępowania, a na ulicach zaczęło wracać względne uspokojenie, co mogło świadczyć o niemal całkowitym wygaszeniu aktywności protestacyjnej. Taki obraz pozwalał zrozumieć, jak dynamicznie zmieniała się cała sytuacja.
Jeśli miałbym mówić o rozczarowaniu, to powiedziałbym, że nie odczuwałem go przez cały okres pobytu w areszcie śledczym. Dopiero później, na etapie osadzenia w kolonii, pojawiło się coś w rodzaju próżni, co sprawiło, że trudniej było obiektywnie analizować wydarzenia. Upływ czasu utrudnił rozróżnienie między informacjami dostarczanymi przez informatorów, a rzeczywistymi faktami.
Wygląda na to, że mieliście okazję, dzięki analizie historii współwięźniów, prześledzić, jakie grupy społeczne są zatrzymywane, kto podejmuje walkę i jakimi metodami, jakie zarzuty im stawiano oraz na jak długie okresy ich osadzano. Dysponujecie ogromnym zasobem niewidocznej wiedzy, która, jak się wydaje, często bywa niedoceniana.
Akichiro: W wywiadach często porusza się temat przemocy, tortur, czy trudnych warunków panujących w koloniach karnych. To ważne kwestie, o których wiele już powiedziano – warunki w tych miejscach wciąż się zmieniają, zazwyczaj na gorsze. Należy o tym mówić, by ludzie mieli świadomość, ale trudno w pełni pojąć wszystkie niuanse, jeśli nie widzi się tego od wewnątrz. Jednak zdecydowanie rzadziej padają pytania o ewolucję „pokoleń” więźniów politycznych. Na przestrzeni lat zmieniało się nastawienie ludzi, którzy tam trafiali. Inaczej wygląda sytuacja aktywistów, zaangażowanych w politykę od samego początku – osób, które trafiły tam z pełną świadomością konsekwencji swoich działań. Potem przyszła kolej na uczestników zwykłych protestów ulicznych. A dziś znajdują się tam również ci, którzy zostali
zatrzymani za pozornie niewinne komentarze w internecie – często nie rozumiejąc nawet, z jakiego powodu zostali aresztowani. Niektórzy z nich nie uważają się za więźniów politycznych w pełnym tego słowa znaczeniu.
Przez długi czas naszego pobytu w areszcie śledczym, przewinęło się obok nas wiele osób, co pozwoliło zaobserwować wyraźne fale politycznych zmian. Za każdym razem gdy przyjeżdżali nowi ludzie mówili: “Nie mieliśmy pojęcia, że teraz aresztują za protesty i że to jest sprawa karna. Myśleliśmy, że to jedynie wykroczenie administracyjne.” Obserwując wiadomości w 2025 roku i rozmawiając z osobami w Białorusi, dowiaduję się, że nadal zatrzymuje się krewnych i znajomych za uczestnictwo w protestach z 2020 roku. A przecież jeszcze w 2021 roku ludzie byli zdziwieni, że za protesty trafia się do więzienia. Niektórzy nie usuwali nawet zdjęć czy korespondencji, jakby nie do końca rozumieli konsekwencje. To zdumiewające, że w ciągu roku tak mocno odcięli się od informacji i nieświadomie narażali się na ryzyko. Początkowo byłem zaskoczony za każdym razem, gdy za kraty trafiali nowi ludzie z takim podejściem, ale z czasem zacząłem się do tego przyzwyczajać i akceptować.

Kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja na Ukrainę, rozpoczęto analizę sytuacji związanej z reakcją państwa ukraińskiego na fakt, że na terytoriach okupowanych lub przyfrontowych przebywali więźniowie, którzy nie zostali ewakuowani. Byli oni w sytuacji, w której nikt poza ich krewnymi nie wykazywał nimi zainteresowania. Kiedy dowiedziałeś się, że Rosja rozpoczęła wojnę przeciwko Ukrainie, a terytorium Białorusi było wykorzystywane jako zaplecze działań w początkowych dniach, jakie były wtedy Twoje odczucia? Jak odbierałeś fakt, że znajdujesz się w zamkniętej przestrzeni, pozbawiony wiedzy o dokładnym przebiegu wydarzeń, bez możliwości wpływu na sytuację czy kontrolowania jej rozwoju? Co myślałeś w tamtym momencie o perspektywie znalezienia się w samym środku działań wojennych,
będąc w więzieniu?
Akichiro: Jeśli chodzi o wojnę, nie odczuwałem większego niepokoju, raczej pojawiło się we mnie coś na kształt pogodzenia z obecnym stanem rzeczy. Stało się jasne, że nasz białoruski teatr działań jest teraz na dalszym planie. Kiedyś Białoruś przyciągała uwagę jako punkt zapalny konfliktów i napięć w regionie, jednak wraz z rozpoczęciem wojny na pełną skalę zacząłem dostrzegać, że w porównaniu z sytuacją na Ukrainie – z tym, co przeżywają tam ludzie, nasi współtowarzysze i zwykli mieszkańcy – wszystko, co dzieje się u nas, schodzi na dalszy plan, wszystko to blednie. Z drugiej strony nie odczuwałem nadziei, lecz raczej poczucie, że zaangażowanie Białorusi w konflikt może mimo wszystko wpłynąć na kraj. I jeśli Rosja poniesie porażkę, może to paradoksalnie przyspieszyć pewne zmiany wewnętrzne w naszej ojczyźnie.
Nawet w więzieniu trwała jedna z tych wiecznie żywych dyskusji. Niektórzy twierdzili, że gdyby wojna nie wybuchła, to w 2022 roku Białoruś zaczęłaby stopniowo chylić się ku upadkowi. Rozmowy z reżimem mogłyby zostać wznowione, rozpoczęłyby się negocjacje, a ludzie zaczęliby być wypuszczani na wolność. Tymczasem wojna zmieniła wszystko. W wyniku jej wybuchu nałożono sankcje na Białoruś, uznano ją za stronę konfliktu, co sprawiło, że kwestia więźniów politycznych zeszła na dalszy plan. Może rzeczywiście tak było, ale dla mnie bardziej istotne niż nasze konkretne uwolnienie było to, czy sytuacja wpłynie globalnie na destabilizację w rosyjskim i białoruskim systemie władzy. Początkowe dni wojny przyniosły jednak sporo niepewności i braku jasności co do rozwoju wydarzeń. Istniała obawa, że Ukraina zostanie bardzo szybko zajęta – że Rosja, realizując swoją operację, faktycznie zdobędzie Kijów, jak początkowo deklarowała. I te pierwsze tygodnie były oczywiście bardzo niepokojące: czy naprawdę Rosja zajmie Ukrainę i czy ta agresja ujdzie jej
na sucho.
Andriej: Do dziś pamiętam twarze klawiszy, funkcjonariuszy, którzy wyraźnie się martwili. W tamtym czasie byliśmy zaangażowani w różne działania: prowadzenie procesów sądowych, zamykanie spraw, co oznaczało częste spotkania z funkcjonariuszami. Ich twarze wciąż mam w pamięci—pełne stresu, strachu, napięcia. Starasz się uchwycić ich emocje, aby zrozumieć, jak zła jest sytuacja, jak niebezpieczna. Ponieważ informacja zawarta w napisanym tekście przyniesiona przez kogoś to jedno, a kiedy widzisz po prostu zwierzęcy strach w człowieku w
mundurze, to zupełnie co innego. I przez to czujesz się jeszcze bardziej nieswojo, ponieważ trudno jest pojąć głębię wydarzeń, jak bardzo wszystko na zewnątrz jest przerażające. Kiedy dotarły do mnie pierwsze doniesienia wojskowe dotyczące Czernihowa, miasta na granicy z Białorusią, gdzie mieszkają moi krewni, poczułem rosnący niepokój. Wydawało mi się wtedy, że Białoruś może zostać szybko wciągnięta w konflikt, potencjalnie stając się trzecią stroną wojny już w pierwszym jej miesiącu.
To było niezwykle przerażające, bo zdajesz sobie sprawę, że przez najbliższe kilka lat nie będziesz w stanie nic zmienić. Przebywanie w więzieniu w czasie, gdy w twoim kraju trwają działania wojenne, staje się jeszcze bardziej ryzykowne i przerażające, ponieważ tracisz możliwość kontrolowania sytuacji swoich bliskich i otoczenia. To uczucie jest bardziej przygnębiające niż same represje, pozostawiając poczucie bezradności wobec jakichkolwiek działań.
Oczywiście pojawiły się wszystkie te rozmowy: jak będziemy żyć w przypadku wojny, jak będą żyć więźniowie – polityczni i niepolityczni – że będą problemy przede wszystkim z codziennymi produktami, komunikacją, zaopatrzeniem i wszystkim innym. Jak będą żyć więźniowie? I ten temat, przynajmniej w naszej celi, był omawiany bardzo długo. Ludzie próbowali przewidzieć, co się stanie. Oczywiście były żarty, że politycznych rozstrzelają pod ścianą jako pierwszych. Z czasem temat wojny zaczął wydawać mi się absurdalny. W czasie, gdy konflikt przyhamował, wielu więźniów politycznych zamiast wykorzystać wolne chwile na rozmowę z rodziną czy troskę o ich samopoczucie, nadal angażowało się w niekończące dyskusje o wojnie w Ukrainie. Patrząc na to z boku, można było odnieść wrażenie, że wojenny fanatyzm przejął kontrolę nad ludzkimi emocjami.
Akichiro: Dobrze jest opierać się na faktach, ale w warunkach kolonii trudno było o taką możliwość nawet podczas rozmów telefonicznych. Wszystko sprowadzało się więc do plotek. Starałem się unikać codziennych rozmów o tym, co powiedział sekretarz generalny NATO, które miasto ukraińskie zostało zajęte, jakie straty poniosła Rosja czy z jakimi brakami sprzętowymi sięmierzy. Często rozmowom tym towarzyszyły nadzieje, że Rosja wkrótce poniesie klęskę, że w jej siłach zbrojnych zaczyna wrzeć bunt i tym podobne spekulacje. Jednak z czasem przychodziło zrozumienie, że za tydzień wszystkie te oczekiwania mogą rozwiać się w proch,
ujawniając swoją nierealność. Plotki osiągały czasem takie natężenie, że ludzie faktycznie nimi żyli, zamiast skoncentrować się na faktach lub po prostu unikać pustych dyskusji.
Wydawało mi się to wręcz wyniszczające dla psychiki, ponieważ tylko pogłębiało rozczarowanie, gdy okazywało się, że żadna z tych rozmów nie ma pokrycia w rzeczywistości. Wracając do waszej sprawy: międzynarodowa organizacja przestępcza pojawia się jakby znikąd. Nie pojawiła się jednak od razu: zatrzymano Was w 2020 roku, potem zatrzymano inne osoby w innych miastach, najwyraźniej zbierając dodatkowe dowody przeciwko Wam. I dopiero w listopadzie 2021 roku zdecydowano się uznać szeroką, nazwijmy to, sieć anarchistów pochodzących z Rosji, Ukrainy i Białorusi za „formację ekstremistyczną”.
Oczywiste jest, że bycie anarchistą na Białorusi wiąże się z pełną świadomością kryminalizacji takiej działalności. Każdy zdaje sobie sprawę, że prędzej czy później może to prowadzić do zatrzymania – nikt nie miał co do tego złudzeń. Jednak w Waszym przypadku skala bezprawia osiągnęła apogeum: otrzymaliście surowe wyroki za czyny i działania, które przed 2020 rokiem były traktowane jedynie jako wykroczenia administracyjne. Jakie to uczucie otrzymać rzeczywiste wyroki więzienia za zarzuty tak znacząco wyolbrzymione i zupełnie nieproporcjonalne do podejmowanych działań?

Akichiro: Do 2020 roku panowała jasność co do zasad gry: jeśli decydowałeś się na radykalny ruch czy poważne działania, wiedziałeś, jakie mogą być tego konsekwencje, umiałeś oszacować ryzyko i zdecydować, na co jesteś gotowy, a na co nie. Rozumiałeś, co jest sensowne w danej sytuacji, a co nie. Kiedy jednak pojawił się artykuł 285 i kwestie dotyczące zorganizowanej grupy przestępczej (OPG), moim zdaniem było to w lutym 2021 roku, stało się jasne, że mamy do czynienia z legislacyjnym absurdem. Udowodnienie czegokolwiek w oparciu o tę normę prawną wydawało się niezwykle skomplikowane, przez co ciekawiło nas, jak organy prawne zamierzają te sprawy unormować. Ku zaskoczeniu, okazało się, że normalizowanie spraw nie nastręczało im trudności, mimo że brakowało dowodów. Przeciwko nam
wykorzystano wszystkie materiały zgromadzone do 2020 roku. Kluczowymi świadkami byli: legendarny świadek z Brześcia Nikołaj Tołczkow — funkcjonariusz GUBOPiK i Iwan Komar wspólnik Nikity Jemielianowa, który został zwolniony w styczniu 2022 roku. Dowiedzieliśmy się też, że już w 2019 roku GUBOPiK próbował przekazać materiały sprawy do Prokuratury Generalnej, próbując sfabrykować sprawę dot. grupy osób, jednak wtedy ich wniosek został odrzucony. Sytuacja zmieniła się po 2021 roku, kiedy zmodyfikowano praktykę sądową, pozwalając na procedowanie takich przypadków i stało się jasne, że wszystko może przejść. Z
perspektywy czasu rozczarowujące było to, że za epizody, które wcześniej kwalifikowano jako wykroczenia administracyjne lub je całkowicie ignorowano, teraz można było otrzymać wyrok. Dla przykładu — banalny napis na ścianie stał się podstawą dla artykułu 130, choć wcześniej nikt nie był za coś takiego ścigany. Absurd tej sytuacji był przytłaczający. Próbowano przypisać nam potężną „organizację”, rzekomo działającą na wielką skalę. Z jednej strony brzmiało to niemal efektownie, ale z drugiej było oczywiste, że cała narracja została wyolbrzymiona z niczego. Wszystko to przypominało podobne sprawy w Rosji, jak choćby przypadku „Sieci”. Na początku zastanawialiśmy się, jak ta sytuacja będzie się rozwijać, ale finalnie ujawniło się bardzo słabe przygotowanie całej sprawy.
Andriej: Chciałbym rozpocząć od zamknięcia sprawy z grudnia 2021 roku, ponieważ po jej zakończeniu stało się jasne, jak do tego doszli śledczy, a dokładniej GUBOP. Śledczy Cibulski, który był szefem grupy śledczej USK w Mińsku oraz prowadził tę sprawę, działał w zasadzie jako przedłużenie GUBOP w sferze prawnej. Zainteresowało mnie, jak powstają tego typu sprawy w szerszym kontekście, dlatego starałem się analizować tendencje w przypadku podobnych spraw, takich jak postępowanie przeciwko organizacji terrorystycznej „Busły Lettaj”. W takich sprawach również pojawiają się absurdalne epizody, jak chuligaństwo czy wandalizm, które prowadzą do wszczęcia postępowania pod zarzutem „organizacji
terrorystycznej”.
Analizując materiały dotyczące sprawy, doszedłem do wniosku, że GUBOP aktywnie zbierałwszelkie dostępne informacje, rejestrując działania operacyjne z pełnym przekonaniem, że w odpowiednim momencie uzyska zielone światło na ich wykorzystanie. Proces ten polegał na gromadzeniu danych bez ustanku i bez wyraźnych granic. I tak zbierali, zbierali, zbierali.
Możliwe, że jednocześnie forsowano zmiany w kodeksie postępowania karnego oraz w kodeksie karnym, mając na celu wywołanie określonych reakcji w opinii publicznej, ale nie tylko w społeczeństwie, także podczas rozmów zakulisowych w prokuraturze czy narad u Łukaszenki. W ten sposób próbowano kreować obraz wzrastającego zagrożenia ekstremizmem i terroryzmem oraz uzasadniać konieczność reform prawnych. Celem tych działań było stworzenie mechanizmu, który umożliwiłby płynne przekazywanie materiałów do sądów, eliminując potencjalne przeszkody w procesach śledczych oraz w pracy prokuratury. Chodziło o to, by żadna sprawa nie spotkała się z opóźnieniami lub zwrotami z sądu do ponownego rozpatrzenia. Po wdrożeniu odpowiednich zmian legislacyjnych wydaje się, że właśnie taki model działania realizował GUBOP wspólnie z KGB, współpracując przy tym ściśle z prokuraturą.

Jeśli chodzi o nasze wyroki i artykuły, postrzegałem to podobnie jak wiele innych osób: konkretne czyny, konkretne konsekwencje. Kiedyś wiązało się to z określonymi sankcjami, a teraz człowiek zdaje sobie sprawę, że za chuligańskie zachowanie można trafić do więzienia na 10-12 lat. Pobyt w więzieniu uświadomił mi, że nawet za coś takiego jak post czy graffiti można stracić wolność na pięć lat. To sprawiło, że zmieniłem swoje priorytety: rozumiesz, że nie możesz już działać tak jak wcześniej, więc zaczynasz myśleć o innych rzeczach, na przykład o rodzinie i przyjaciołach. O tych, którzy pozostali na wolności, ale są zagrożeni tym samym losem. W pewnym momencie uznajesz, że wszystko jest już niemal przesądzone i zastanawiasz się, co możesz zrobić, by jak najmniej osób znalazło się w podobnej sytuacji. Próbujesz skierować uwagę na coś poza sobą, co pozwala ci się uspokoić i poczuć odrobinę lepiej.
Cztery lata później, 15 lipca, inicjatywy takie jak autonomiczna akcja „Białoruś”, Indymedia, blog i media społecznościowe Mykoły Dedka zostały uznane za „formacje ekstremistyczne”, przedstawiane jako „spółki zależne” grupy przestępczej o międzynarodowym charakterze. Jak podchodziłeś do tej sytuacji, zwłaszcza, że sprawa nie została zignorowana ani zapomniana, ale wręcz przeciwnie – stała się punktem wyjścia do rozbudowy o kolejne wątki? W obliczu faktu, że Twoi towarzysze nadal przebywają w więzieniu, jak ocenisz ich perspektywy na przyszłość?
Akichiro: Andriej powiedział o tym, jak służby specjalne oraz struktury siłowe mogły wpłynąć na zmiany w prawie, aby ułatwić sobie prowadzenie działań. Przed 2020 rokiem krążyło wiele rozmów na temat niemal całkowitego rozwiązania GUBOPiK-u, jak również niezadowolenia władzy z efektów ich pracy. Mówiło się o konflikcie między nimi a KGB, a także o próbach wzajemnego osłabiania się. Byli pracownicy, z którymi siedziałem, potwierdzali, że taka możliwość istniała.
W 2020 roku GUBPiK dostał coś na kształt carte blanche, zyskał szerokie możliwości
działania, zdobywając punkty w polityce, w pewnym sensie ten rok ich uratował. „Wielkie” sprawy, które zaczęli tworzyć zapewniły im niemal niekończącą się przestrzeń do pracy. Widać to chociażby teraz, kiedy komisja śledcza oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mogą bez końca identyfikować kolejne osoby za komentarze, darowizny czy udział w protestach z 2020 roku, opierając się na licznych zdjęciach i materiałach archiwalnych. Jedyną ograniczającą ramą są kwestie przedawnienia. Jednak w przypadku zarzutów dotyczących organizacji przestępczej przedawnienie okazuje się nie obowiązywać — można stwierdzić, że dana osoba była częścią takiej organizacji aż do wspomnianego roku 2020. Przykładem może być sytuacja osoby, której czyny miały miejsce w 2016 roku, lecz nie były objęte ściganiem. Zgodnie z zasadą przedawnienia, zarzuty powinny wygasnąć do 2021 roku, np. jeśli chodzi o oskarżenia związane z chuligaństwem. A oni mówią: „Nie, przecież do momentu zatrzymania w 2021 roku należałeś do organizacji przestępczej”. Co więcej, nie wymaga się twardych dowodów dla takich twierdzeń. Dodatkowo do tej narracji dołączono m.in. „Autonomiczne działanie” czy Indymedia, co już nawet nie jest śmieszne. Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę przypadek Mikołaja Dedka: początkowo skazano go na niewielki wymiar kary, ale cały czas obawiałem się, że to może nie być koniec. Kiedy otrzymujesz długi wyrok, w pewnym sensie jest to łatwiejsze, ponieważ nie zdajesz sobie sprawy z tych liczb – 15, 16, 20 czy 25 lat – wydają się liczbami tego samego rzędu. W tym sensie, że masz nadzieję, że te wyroki skończą się szybciej i mniej więcej w tym samym
momencie. Coś się wydarzy, coś wpłynie na zmianę i wszyscy wyjdą z długimi wyrokami.
Natomiast osoby z krótszymi wyrokami żyją w niepewności co do tego, czy przypadkiem kara nie zostanie przedłużona, co wywołuje ogromny stres. To szaleństwo i z tego, co wiem, sprawy tego typu nie są jeszcze nagłaśniane, to na razie wyjątkowy przypadek.
Trudno mówić o perspektywach chłopaków przebywających w więzieniu i prognozować ich sytuację, szczególnie gdy jeszcze dwa miesiące temu sami nie byliśmy w stanie przewidzieć, co nas czeka. Istnieje zbyt wiele niewiadomych, aby ktokolwiek mógł twierdzić co się stanie.
Z jednej strony można zauważyć zmiany w podejściu do anarchistów, którzy wcześniej nie zawsze byli uznawani za więźniów politycznych. Często odkładano decyzję o takiej kwalifikacji, a ich sprawy rzadko traktowano priorytetowo. Obecnie wśród osób traktowanych szczególnie są przedstawiciele mediów, obrońcy praw człowieka i dziennikarze, ale również radykalni anarchiści, którzy przynajmniej teraz są powszechnie postrzegani jako więźniowie polityczni. Oczywiście, jest jakaś nadzieja, że ktoś z nich zostanie zwolniony wcześniej, choć niestety na chwilę obecną trudno o większy optymizm.

Andriej: Byłem szczerze zaskoczony, że śledczy Cibulski wciąż pełni swoje obowiązki oraz że mechanizmy, które przetestowano wcześniej na nas, wciąż znajdują zastosowanie. Kiedy, już po zwolnieniu, ponownie trafiłem do Cibulskiego, wszystko wyglądało identycznie jak w 2020 roku. Chociaż sam Cibulski jest w zdecydowanie gorszej kondycji niż wtedy, sprawa pozostała bez zmian — te same pytania dotyczące rzekomej organizacji przestępczej, ta sama retoryka.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że cały proces polega na powtarzaniu utartych wzorców, w których po prostu trzeba znaleźć kogoś, kogo można oskarżyć i osadzić w więzieniu. Metody i sposób działania pozostają niezmienne.
Jeśli chodzi o samą sprawę, to po prostu korzystają ze swoich sprawdzonych mechanizmów prawnych. W praktyce oznacza to, że nie muszą przedstawiać żadnych dowodów w sytuacji, gdy istnieje już podobna, zamknięta sprawa. W naszym przypadku mamy sprawę z 2010 roku dotycząca Franczkiewicza, Dedka, Olinewicza i innych. Tę sprawę ze 160 tomami wykorzystują teraz jako podstawę, dodając do niej elementy takie jak nowe formacje, organizacje itd. często pomijając potrzebę udowadniania szczegółów czy kontekstu. Widać, że korzystają z tych mechanizmów prawnych w sposób umożliwiający realizację ich bieżących celów – np. wyroku dla Dedka lub jego tymczasowe zatrzymanie. Dedek, według mojej wiedzy, nie spodziewał się wyjścia na wolność po pięciu latach, ponieważ okres ten był stosunkowo krótki w kontekście całej sprawy i jego osoby. Trzeba jednak zaznaczyć, że od tamtego czasu wiele się zmieniło; wtedy sytuacja była zupełnie inna – nie było wojny ani towarzyszących jej okoliczności. Dedek miał świadomość, że jego sprawa może się rozwijać.
Wyrok też wydawał się nietypowy w kontekście całości, co mogło wzbudzać dodatkowe pytania o charakter całego procesu. Perspektywy osób będących obecnie w więzieniu są trudne do ocenienia. Gdy sam odzyskałem wolność, przez pierwsze dni nawet nie wiedziałem, którzy z moich współtowarzyszy również opuścili mury więzienia. Zaskoczyło mnie, że Akichiro był w więzieniu, ponieważ nie wiedziałem o tym, kiedy byłem w obozie. Informacje do mnie docierały bardzo słabo, nie mówiąc o ludziach objętych ścisłym reżimem więziennym. Z tego powodu trudno jest formułować przypuszczenia, jednak żywię wielką nadzieję, że wszyscy pozostają w dobrym stanie zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Wierzę, że system nie zdołał ich złamać ani wyrządzić im wielkiej krzywdy.
Wydaje mi się, że nie powinniśmy spodziewać się jakichś dramatycznych wydarzeń, takich jak śmierć więźniów politycznych. Mam nadzieję, że DIN, czyli wydział wykonania kar ministerstwa spraw wewnętrznych Białorusi, nadzoruje sytuację i przeciwdziała trwałym okaleczeniom oraz innym tragicznym incydentom. Choć może to zabrzmieć absurdalnie, ponosi odpowiedzialność za swój specjalny kontyngent. Oczywiście, nie wszyscy się z tym zgodzą. Wierzę jednak, że uwaga, jaką poświęca się więźniom politycznym zarówno ze strony DIN, opinii publicznej, jak i zagranicznych obserwatorów, przyniesie pozytywne skutki dla wszystkich politycznych, w tym naszych współtowarzyszy.
Andiej wyszedł z kolonii po odbyciu kary, a uwolnienie Akichiro zaskoczyło wszystkich. Teraz jednak nikt, kto opuszcza mury więzienia, nie ma pewności, czy rzeczywiście odzyskuje wolność. Wydaje się to przypominać swego rodzaju białoruską ruletkę: ktoś trafia do tej grupy, a ktoś nie. Wraz z towarzyszami byliście częścią jednej sprawy, ktoś dostał dłuższy wyrok, a ktoś krótszy, ktoś wychodzi wcześniej, a ktoś nie. Jak to jest wyjść na wolność, wiedząc, że są tacy, którzy pozostają w więzieniu?
Akichiro: Każdy więzień polityczny ma swoją historię – jedni byli sądzeni w sprawach indywidualnych, inni byli bardziej zaangażowani w kwestie polityczne. Kolejni znaleźli się tam przypadkowo, bez wcześniejszych planów i bez zamiaru podejmowania działań po uwolnieniu. Wydaje mi się, że osoby aktywnie uczestniczące w politycznej działalności przed rokiem 2020 były świadome ryzyka represji, jakie mogły je spotkać. Dlatego ich osobiste uwolnienie nie oznacza końca zaangażowania.
Ogólnie rzecz biorąc, ludzie żyjący poza więzieniem nie zawsze są bardziej wolni niż ci, którzy są za kratami. Wiele osób, które znasz, towarzyszy, z którymi coś robiłeś, lub osób, które znasz z pozytywnej strony, nawet nie osobiście, ale po prostu ze słyszenia, wiele osób – nie tylko politycznych, ale w zasadzie wszystkich więźniów w Białorusi – znajduje się w sytuacji bezprawia. Nawet jeśli wszyscy polityczni zostaną zwolnieni, problem więzienia pozostanie, ponieważ jest mnóstwo absurdalnych spraw, ludzie siedzą nie wiedząc za co. O sprawach politycznych przynajmniej się mówi (a i tak wielu ludzi nie ma na listach), ale są ludzie, którzy nie mają żadnej nadziei na zmianę swojej sytuacji. Jedyną szansą dla nich może być amnestia, choć ogólnie sytuacja osadzonych się nie poprawia. Trudno jest pogodzić się z tym,
gdy za kratami znajdują się towarzysze. Jako osoba, której wyrok wynosił ponad 10 lat i która na skutek pewnego przypadku znalazła się na wolności, czuję ciężar odpowiedzialności wobec tych, którzy wciąż znajdują się za kratami.
Czy zasługujesz na to uwolnienie, czy nie? Co możesz zrobić, aby pomóc ludziom, którzy tam zostali? Czy w ogóle można teraz coś zrobić, zwłaszcza będąc za granicą? Masz wątpliwości i odczuwasz zamieszanie. Jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że na pewno nie pozostaniesz biernie, z boku, ponieważ nic się jeszcze nie skończyło. Osobiście tak to postrzegam.
Andriej: Tak, trafnie powiedziane o białoruskiej ruletce, zgadzam się. Jednak nie nazwałbym tego odpowiedzialnością, bo dla mnie odpowiedzialność oznacza coś innego. Chodzi raczej o obowiązek – niezależnie od tego, jak patetycznie to brzmi – podzielenia się swoimi przeżyciami: stresem, cierpieniem, związanymi z pobytem w takich instytucjach. Nie miałem okazji przeżyć czasów, gdy osoby polityczne w aresztach tymczasowych przetrzymywano w przepełnionych celach, pełnych pluskiew. Miałem szczęście trafić do [wolontariackiego] obozu Okrestiną, słyszałem wszystkie te okrzyki [protestujących] „Wypuśćcie nas”, „Niech żyje Białoruś!”. Byłem w innych warunkach, znacznie lepszych, udało mi się nawet otrzymać przesyłkę. Mimo to spędzenie ponad roku w areszcie śledczym sprawia, że dzielisz przeżycia i
trudności z setkami innych ludzi. Widzisz jak obok Ciebie przewijają się osoby zatrzymywane, skazywane, a niektóre nawet uwalniane. Dlatego pozostanie obojętnym na los tych, którzy tam zostają po wypuszczeniu na wolność, jest niesłychanie trudne.
Uważam, że warto wspierać innych w każdy możliwy sposób, nie ograniczając się jedynie do więźniów politycznych (chociaż szczególnie tych, z którymi masz wspólne przekonania czy światopogląd), ale także tych, którzy zostali skazani za absurdalne przewinienia. W mojej ocenie takie wsparcie jest właściwe, potrzebne i wręcz niezbędne.
Jednocześnie, na podstawie własnych doświadczeń, potrafię zrozumieć ludzi, którzy wybierają inną drogę – skupiają się na sobie, nie dzielą się, nie angażują się w pomoc czy solidarność z innymi. To zupełnie naturalne i nikt nie powinien nikogo zmuszać do takich działań ani oceniać przez pryzmat braku zrozumienia dla takiej postawy.























































































