Skontaktuj się z nami

Hej, czego szukasz?

161 CREW

Historia

Drugie oblicze Stalina: Trocki i skradziona rewolucja

Tłumaczenie z profilu Roots of Liberty w social mediach

Czy wystarczy zostać poddanym czystkom, prześladowanemu i zamordowanemu czekanem, by automatycznie zostać uniewinnionym od odpowiedzialności za całą krew przelaną z własnego rozkazu? Lew Trocki, którego imię zostało przez stalinowską propagandę wpisane w rubrykę „zdrajca”, a później – w wyniku późniejszej wiktymizacji – w rubrykę „męczennik”, jawi się nam dziś w podwójnym świetle: z jednej strony jako czysty teoretyk rewolucji, z drugiej zaś jako szlachetna ofiara biurokratycznej tyranii. Jednak ten, kto przeczyta jego biografię z dala od tej wygodnej polaryzacji, odkryje człowieka, który nigdy nie stał poza machiną represji, lecz był jednym z jej pierwszych architektów, kiedy ta nosiła jeszcze nazwę „rewolucji”.

W marcu 1921 roku, po latach poświęcania marynarzy i robotników w obronie rodzącej się władzy radzieckiej, ci sami ludzie zbuntowali się w bazie w Kronsztadzie. Nie byli to wrogowie klasowi ani pozostałości caratu, lecz awangarda, która w październiku 1917 roku chwyciła za broń. Czego domagali się? Wolności słowa i zrzeszania się, uwolnienia więźniów politycznych, wolnych wyborów do rad oraz końca monopolu władzy jednej partii w imieniu wszystkich. Czyż nie były to te same hasła, które ogłoszono w październiku 1917 roku, zanim zostały one przejęte? Co zatem uczynił ten, kto ogłosił się strażnikiem tych haseł, gdy ich prawdziwi właściciele ponownie zaczęli się ich domagać ? Zbombardował ich. Trocki, jako komisarz ds. wojny i dowódca Armii Czerwonej, nakazał użycie armat zamiast dialogu. Setki ludzi zginęło w trakcie walk, wielu zostało poddanych egezkucjom, a tysiące deportowano do obozów pracy. Człowiek ten nie okazał ani przez chwilę skruchy; wręcz przeciwnie, napisał później bez ogródek: „Stłumienie buntu w Kronsztadzie było rewolucyjną koniecznością”. (Lew Trocki, Ich moralność i nasza, 1938)

W jaki sposób „konieczność” staje się magicznym słowem, które wszystko usprawiedliwia? To pytanie powinno nas niepokoić, nie dlatego, że dotyczy wyłącznie Trockiego, ale dlatego, że dotyczy każdego, kto dzierży aparat państwowy w imię wyzwolenia mas. Suwerenność bowiem, gdy przechodzi z rąk cara w ręce „komisarza ludowego”, nie zmienia swojego charakteru: prawo do zabijania pozostaje w rękach tego, kto posiada armatę, a ten, kto jest bombardowany, pozostaje jedynie „obiektywnym wrogiem”, którego uciszenie uzasadnia się w imię nadrzędnego interesu, o którym nie pyta się jego zdania. Trocki nie był nieszczęśliwym osobistym wyjątkiem; robił dokładnie to, czego wymagała struktura, na czele której sam stał: partia-państwo, która nie toleruje istnienia równoległej władzy, nawet jeśli tą władzą były same sowiety, w imieniu których powstała cała rewolucja.

Kwestia ta nie ograniczała się do Kronsztadu. W Ukrainie chłopi i armia Machno stworzyli prawdziwy eksperyment samorządności, bez centralnego państwa, bez partii rządzącej ani najwyższego przywództwa, które dyktowałyby ludziom, czego powinni pragnąć. Nie był to eksperyment doskonały ani wolny od sprzeczności, ale był żywy, horyzontalny i zdolny do samokorygowania się od wewnątrz. Co zrobił z tym Trocki? Sprzymierzył się z nim, gdy potrzebował go w wojnie przeciwko „białym”, a następnie nakazał jego likwidację w 1920 roku, gdy nie dał się wchłonąć przez aparat. Przywódców zamordowano, tysiące aresztowano, a eksperyment został zlikwidowany rękoma tego, kto wczoraj był taktycznym sojusznikiem. Czyż nie jest to wzorzec, który powtarza się w sposób doskonały: każde autentyczne doświadczenie samowyzwolenia jest przywoływane w czasach potrzeby, a następnie likwidowane, gdy staje się zagrożeniem dla monopolu decyzyjnego? Partia, która twierdzi, że jest narzędziem klasy robotniczej, w rzeczywistości nie toleruje, by klasa robotnicza organizowała się poza jej nadzorem.

A kiedy nie chodziło już o broń, lecz o codzienną pracę, Trocki był jednym z najbardziej zagorzałych zwolenników tak zwanej „militaryzacji pracy”: przekształcania fabryk w koszary, dyrektorów w oficerów, a robotnika w żołnierza, który wykonuje rozkazy, nie podejmując decyzji. On sam napisał: „Związki zawodowe muszą stać się aparatem wykonawczym w ramach państwa robotniczego” (Rola i zadania związków zawodowych, 1920). Czy zgodnie z tą definicją związek zawodowy pozostał głosem robotników, czy też stał się narzędziem do dyscyplinowania ich w ich własnym imieniu? Kiedy organizacja powołana do reprezentowania robotników przekształca się w aparat wykonawczy podporządkowany państwu, robotnik uwalnia się od kapitalistycznego pracodawcy tylko po to, by znaleźć się pod władzą nowego dyrektora, który zamiast tytułu własności nosi legitymację partyjną. Wyzysk zmienia nazwę, ale nie strukturę.
Nawet gdy Trocki po wygnaniu oddalił się od bezpośredniej władzy i z daleka śledził rewolucję hiszpańską z 1936 roku, nie porzucił tej logiki. Popierał siły lewicowe, które pokrywały się z jego partyjną wizją rewolucji, ale nie stanął szczerze po stronie bezpośrednich inicjatyw wolnościowych, promowanych przez ruch anarchistyczny wraz z jego związkami zawodowymi i organizacjami, kiedy to robotnicy i chłopi zaczęli faktycznie przejmować ziemię i fabryki, aby zarządzać nimi w sposób autonomiczny. Pozostał uwięziony w logice jednolitego frontu i fazy przejściowej, czyli w przekonaniu, że wyzwolenie musi przebiegać poprzez organizację, która kieruje, a nie poprzez masy, które decydują samodzielnie. Co to znaczy, że teoretyk internacjonalistyczny popiera rzeczywistą rewolucję robotniczą, jednocześnie zachowując zastrzeżenia wobec jej najbardziej radykalnych momentów, ponieważ nie przebiegały one za pośrednictwem „właściwej” partii? Oznacza to po prostu, że prawdziwa lojalność nigdy nie była skierowana ku wyzwoleniu samemu w sobie, lecz ku formie organizacyjnej, która dąży do zmonopolizowania jego reprezentacji.
W tym właśnie tkwi sedno sprawy: nie mamy do czynienia z człowiekiem, który zboczył ze swoich zasad, lecz z zasadami, które nie dopuszczają innego rozwiązania. Kiedy twierdzisz, że rewolucja potrzebuje awangardy, która zna interesy mas lepiej niż same masy, od pierwszej chwili zasiewasz ziarno Kronsztadu. A kiedy mówisz, że państwo robotnicze potrzebuje armii, związku zawodowego i jedynej partii, która przemawia w imieniu wszystkich, zasiewasz ziarno likwidacji Machno. Trocki nie był przeciwieństwem Stalina, jak się głosi, lecz drugą stroną tego samego medalu: obaj byli tworem tej samej struktury, która rodzi kata bez względu na to, jak zmienia się imię tego, kto zasiada na czele. Czyżby różnica między nimi była różnicą zasadniczą, czy też po prostu różnicą polegającą na tym, kto wygrał walkę o kierownictwo nad samym aparatem?

Dlatego musimy pamiętać o Kronsztadzie i machnowszczyźnie nie jako o dwóch przelotnych wydarzeniach w historii partii, ale jako o dwóch momentach, które ujawniły pierwotną wadę: ten, kto tłumi rewolucję w swoim własnym imieniu, jest bardziej niebezpieczny niż ten, kto zwalcza ją w imieniu kapitału, ponieważ ten pierwszy kradnie nawet język, który mógłby posłużyć do jego zdemaskowania. Żadne państwo nie wyzwala ludu z upoważnienia, żadna partia nie zna jego interesów lepiej niż sam lud, a żadne kierownictwo nie stawia się ponad masami i pozostaje w ich służbie. Chwała tym, którzy się zbuntowali, a nie tym, którzy stłumili bunt. Chwała Kronsztadowi. Hańba jego oprawcy.

Źródło


Strona ma charakter tylko i wyłącznie informacyjny. Nie namawiamy nikogo do łamania prawa.