Jeśli urodziłeś się pod koniec 20-stego, lub w początkach 21-ego wieku z pewnością wciąż pamiętasz te wszystkie piękne obietnice, jakimi powitał cię świat. Mieliśmy wkroczyć w erę dobrobytu, progresu i jedności. Sztucznie drukowane organy miały rozwiązać problem niedoborów transplantologii, genetyka miała wynaleźć lek na raka, ludzkość miała latać na księżyc i Marsa, wydając na to połączone środki zjednoczonej Europy.
Na ile te obietnice (o których od lat słyszymy, że są w wiecznym „tuż tuż”) się
zmaterializowały, nie muszę chyba odpowiadać. Powody, z których tak wynikło, mogą wydawać się lub rzeczywiście być mnogie, każda zaś grupa ideologiczna ma zgodną ze swoimi wartościami diagnozę. Regularnie słyszymy słowa-klucze o klęsce globalizacji, zwiększających się nierównościach, katastrofie klimatycznej, odrodzeniu imperializmów, kryzysie migracyjnym, a także po lewej stronie, dochodzą diagnozy skupiające się na przywarach kapitalizmu.
Chciałbym jednak powiedzieć tu coś przewrotnego. Co jeśli istnienie wszystkich tych zazwyczaj diagnozowanych problemów i oddziaływanie ich na świat jest scenariuszem optymistycznym?
Co jeśli te, mimo wszystko skonkretyzowane wyzwania, które choć wielkie, są możliwe do skonfrontowania, stanowią lepszą opcję?
Piszę o tym, gdyż w tym artykule chciałbym pochylić się nad pewną, niosącą bardzo niepokojące konotacje obserwacją, która choć przytłaczająca mnie rozpaczliwą bezradnością, wydaje mi się być potencjalnym kluczem do odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego przyobiecana mojemu pokoleniu przyszłość okazała się tak rozczarowująca.
Zamiast skupiać się na szczytach władzy i znanych twarzach z ekranu, postanowiłem przyjąć hipotezę, która mówi, że wszystko, co u góry, jest skondensowaną emanacją tego, co dzieje się u dołu, a procesy polityczne są emanacją podstaw społecznych, które nimi kierują.
Postanowiłem poszukać problemu w tym, jak zwykli ludzie przeżywają swoje codzienne życie. Nie skupiałem się podczas pisania na ekonomii czy poglądach mas, tylko konkretnie na tym, jak wygląda dzień współczesnego człowieka, jak wygląda jego wizyta na grobie podczas „wszystkich świętych”, z jakimi myślami kończy dzień jedząc kolację i kładąc się do łóżka.
To, co zauważyłem, napełniło mnie smutkiem i refleksją, na temat tego co mogło zostać fundamentalnie zniszczone w naszej codzienności. W ciągu ostatnich 10-15 lat wydarzyła się apokalipsa, która zmiotła społeczeństwo niczym seria bomb termojądrowych, ale wydarzyła się tak cicho i tak subtelnie, że nawet dziś ludzie, którzy wciąż płoną od pożaru, nie zdają sobie z tego sprawy.
Duża część naszej struktury społecznej ulega destabilizacji i coraz szybszej erozji, rozpadł się fundament, a jeśli zorientujemy się, że machiny władzy, czy to poprzez emanacje, czy poprzez słabość jego oporu, „wyrastają” ze skruszonych obecnie fundamentów, zorientujemy się, że analiza tego, co i jak zrobi ten lub inny polityk, jest wtórna i w jakiejś mierze bezcelowa. Nie może być inaczej, albowiem zarówno
politycy, jak i nauczyciele, lekarze, działacze, badacze i zwykli robotnicy żyją w fikcji, w fikcji polegającej na operowaniu na instrukcjach działania odnoszącego się do nieistniejącego już świata, świata, który wcześniej definiował codzienność ludzkości od jej zarania.
Przechodząc do konkretów, wyodrębniłem trzy główne zjawiska, które z wrodzonej potrzeby pretensjonalnej erystyki nazwałem trzema jeźdźcami apokalipsy.
Zaznaczę, z równie wrodzonej potrzeby, czasami autosabotującej wręcz uczciwości, że nie wiem, na ile obserwowany przeze mnie wycinek świata i moje ekstrapolowane z niego wnioski pokrywają się z rzeczywistością innych ludzi. Poznane przeze mnie dotychczas badania przeprowadzone w obrębie pokolenia przełomu mileniów sugerują, że to, co tu piszę, dotyczy mniej więcej połowy, więc choć jest to liczba zdecydowanie ważąca i walnie wpływająca na świat, to wciąż znajdą się z pewnością wśród was ci, którzy będą się identyfikowali z tym, co tu napisałem, w sposób niewielki albo wręcz zerowy.
Pokornie, i w pewnej mierze z nadzieją, założę, że mogę się mylić, a cały ten wywód to jedynie złudzenia skrzywionego indywiduum przekładającego swoje osobiste doświadczenia na zbyt szeroką skalę.
Dlatego proszę, byście czytając to, przeanalizowali swoje życie, swoje doświadczenia, nie myśleli o wydarzeniach w Białym Domu, ale w tym waszym własnym.
Jak wyglądały wasze ostatnie święta? Jak wyglądają wasze spacery? Jak spędzacie czas po pracy? Zastanawia mnie, czy jeśli odpowiednio czule się wsłuchacie, to usłyszycie galop postępującej zagłady, który od jakiegoś czasu dudni w mojej głowie.
Mając już tyłkochron w postaci okazania pokory wobec swych przemyśleń, dalej będę pisał w sposób opisowy i deklaratywny, ale robię to jedynie dla usprawnienia czytania. Miejcie z tyłu głowy świadomość, że jest to jedynie teoretyzowanie i zachęcanie czytelnika do refleksji.
Pierwszy jeździec apokalipsy: Atomizacja
W pewnym sensie zostaliśmy pożarci przez własne ambicje, z pewnością nie bez udziału medialnej i kulturowej promocji kapitalistycznej rywalizacji (to, czy efekt osiągnięty był efektem zamierzonym jest drugorzędne). Dla ludzi, którzy zdążyli jeszcze spędzić swoją młodość w latach 90-tych, tak jak i dla wszystkich poprzednich pokoleń od zarania dziejów, życie na tym świecie było pod pewnym kluczowym względem inne niż to, którym żyjemy obecnie.
Esencjonalną częścią ludzkiego doświadczenia, jeszcze do niedawna, było realne, namacalne, przeżywane swoim własnym doświadczeniem w prawdziwym świecie (zamiast w teorii i na ekranie) społeczeństwo.
Doświadczany był, niestety obecnie dla wielu ludzi, wcale nie tak banalny, fakt istnienia lokalnego listonosza Janka, którego znali prawie wszyscy okoliczni mieszkańcy. Elementem codzienności był dzielnicowy Mirek, który machał do znanych mu od lat twarzy chodzących po osiedlowych chodnikach. Same te chodniki zaś zaludnione były znajomymi ze szkoły, z pracy, z dzieciństwa, z sąsiedztwa.
Dwie ulice dalej mieszkała ciotka, a naprzeciwko niej babka. Zarówno ciotka, babka, sąsiadki, lokalny strażak, lokalny inteligent, jak i wspomniany już listonosz i dzielnicowy, robili zakupy w tym samym sklepie, w którym pracowała znana wszystkim ekspedientka.
Myśląc o tym, nie zdajemy sobie sprawy, jak wielka potęga kryła się w tych wszystkich znajomościach, w tych wszystkich „banałach”, w tej lokalności, w tych znajomych twarzach.
W tym, że można było wyjść na spacer i spodziewać się zobaczenia znajomych twarzy. W tym, że nie do pomyślenia było żyć dekady w tym samym bloku, na tej samej ulicy i nie znać się nawet z imienia.
W pogoni za dobrobytem, we wpojonym nam przekonaniu, że niezbędnym warunkiem zasługiwania na istnienie, nie zaś zachcianką czy wyjątkiem, jest osiągnięcie czegoś ponadprzeciętnego, doprowadziliśmy do tego, że istniejące dawniej struktury i grupy porozjeżdżały się na cztery strony świata.
Trzeba było przecież skończyć studia na prestiżowej, na miarę naszych możliwości, uczelni, trzeba było gonić za perspektywą lepiej płatnej pracy, za możliwością wakacyjnych wyjazdów i innych udogodnień.
Oczywistym, choć nie zawsze wprost artykułowanym, było, że skończenie jako lokalny nauczyciel czy robotnik to wstyd i przyniesienie rozczarowania przede wszystkim samemu sobie. Zawiedzenie własnej wizji swojej wyjątkowości i pozbawienie się przeto przywileju zasługiwania na godność i dumę.
By uniknąć tego „straszliwego losu”, zostały złożone na ołtarzu nieustannego „osiągania” lokalne więzy. Ludzie zaczęli żyć setki kilometrów od siebie, w nowym mieście, gdzie niektórym (szczęśliwcom) udało się stworzyć znajomości od zera, tylko po to, by kolejna fala rozjeżdżania się, po dostrzeżeniu kolejnej nowej możliwości osiągnięcia, je zerwała. Inni zaś już po pierwszym „sicie” skończyli sami, lub jedynie z partnerem bądź zwierzęciem.
Brak poczucia trwałej, niezrywalnej przynależności. Brak postrzegania ludzi za oknem jako czegoś realnego i będącego częścią życia niesie ze sobą liczne, katastrofalne zagrożenia.
Pierwszym z nich jest radykalne osłabienie pozycji pracowniczej jednostki w konfrontacji ze świadomą swej przewagi zbiorowością kapitału zgromadzonego w tym czy innym przedsiębiorstwie. Wynika to z bardzo prostych i instynktownie zrozumiałych mechanizmów.
Nie można już przecież negocjować z szefem, i w razie niepowodzenia owych negocjacji „przezimować” u ciotki, u przyjaciela czy u znajomych. Jeśli twoja społeczność jest setki kilometrów dalej, jeśli nowi ludzie wokół ciebie wiedzą, że jesteś jedynie tymczasowym elementem ich życia, to wówczas twoje możliwości przetrwania (być może wielomiesięcznego) okresu poszukiwania pracy raptownie maleją.
Masz przecież do opłacenia twój mały boks, w którym zamieszkałeś po przenosinach do nowego miasta. Jeśli nie zaakceptujesz woli pracodawcy, ryzykujesz utratą dachu nad głową, a wiesz, że nikt ci wtedy nie pomoże, bo nikogo tak naprawdę nie ma.
Drugie z zagrożeń płynących z tego zjawiska jest jeszcze bardziej niebezpieczne. Mentalne wycieńczenie. Brak poczucia przynależności, brak interakcji ze społecznością najzwyczajniej w świecie jest dla nas nienaturalny. Tak jak napisałem wcześniej, jest to abnormalność, która nie miała miejsca praktycznie nigdy wcześniej w historii. Kształt życia będący wbrew naszej naturze jest odczuwalny na poziomie biologicznym, i choć my możemy o tym nie wiedzieć, to nasz organizm wie o tym aż nazbyt dobrze.
Instynktownie czuje, że coś jest nie tak, i cały czas wysyła do reszty ciała sygnały o zagrożeniu. Jest skonfundowany i wystraszony. Pyta: „Gdzie są wszyscy? Czyżbym oddalił się od grupy podczas polowania i zagubił w gęstym, ciemnym, niebezpiecznym lesie?” Nawet jeśli twoja świadomość tego nie rejestruje, to każdego dnia to obciążenie powoli wykańcza.
Katastrofalny wpływ samotności na zdrowie fizyczne jest udowodniony w wielu badaniach. Stałe zmęczenie nią wywołane sprawia, że ledwo mamy energię, by wykonać najbardziej podstawowe rzeczy, częściej chce nam się spać, zamknąć oczy, odpłynąć i pozwolić umysłowi zapomnieć o tym, że w pogoni za ambicją zgubił gdzieś swoją naturę.
Warto tu jasno zaznaczyć nasuwający się wniosek i obserwację, która pokazuje, że wykończonym ludziom jest trudniej nawiązać inicjatywę na łasce pracodawcy. Na samotnej wyspie, oddalonej setki kilometrów od znajomych brzegów, z życiem, w którym inni ludzie są abstrakcją. Oraz z wykończonym, przerażonym mózgiem znacznie trudniej jest podjąć inicjatywę, by próbować się zrzeszać.
Znacznie trudniej nawiązać nić porozumienia z innymi robotnikami, jeśli ci inni robotnicy to nie są twoi znajomi z młodości, czy współ-parafianie, z którymi czasem pogawędzisz sobie przed kościołem, weźmiesz ich dziecko na ręce i poobgadujesz proboszcza. Jeśli ci inni robotnicy to tak jak ty wyrzutkowie, Robinsonowie Crusoe, dryfujący samotni i zmęczeni.
Wyalienowani, obcy sobie ludzie nie stanowią żadnej siły zdolnej sprzeciwić się nadużyciom ze strony kapitału lub państwa. A to jest dla wszystkich tych, którzy chcą gromadzić władzę na tym świecie, w oczywisty sposób na rękę.
Drugi jeździec apokalipsy: Wycofanie kulturowych
stabilizatorów podziału relacji międzyludzkich
W tej części artykułu, od razu zaznaczam, nie zamierzam wspierać mizoginistycznych czy konserwatywnych postaw, nie zamierzam też dawać żadnego złotego rozwiązania, kwestia jest zbyt delikatna, zbyt indywidualna, a ja nie zamierzam rościć sobie prawa do dawania porad całemu społeczeństwu. Chcę jedynie skłonić do refleksji i zastanowienia.
Wiem doskonale, że temat ten jest mocno kontrowersyjny, dla wielu trudny, bolesny i budzący silne emocje. Prędzej czy później jednak musimy mierzyć się i z takimi tematami, historia uczy nas, że brak komfortu i bolesność relacji międzyludzkich jest jej nieodzowną częścią składową.
Wyzwolenie seksualne kobiet jest rzeczą moralnie dobrą, jak niemal każda forma wolności ekspresji. Jak każda zdobyta możliwość kierowania własnym życiem, ale niestety nie żyjemy jeszcze, a być może nigdy nie będziemy żyli w świecie, w którym możemy pozwolić sobie na stworzenie bezproblemowej utopii.
Człowiek pozbawiony kultury i struktury zacznie rywalizować o zasoby i pozycje w sposób chaotyczny i często pełen przemocy. Przez tysiące lat wytworzyliśmy pewne stabilizatory, które pozwoliły nam w jakimś stopniu okiełznać naszą brutalną naturę i sprawić, że jako tako potrafimy żyć ze sobą. Musimy się więc zastanowić nad kosztem, jaki niosą zmiany. Nad kosztem rozpatrywanym nie przez pryzmat tej czy innej grupy, ale przez pryzmat codzienności i przyszłości nas wszystkich.
Mimo iż już dawno odszedłem w swoich przemyśleniach od biologizowania wszelkich ludzkich zachowań, tak w jakiejś ograniczonej części tego przypadku pasuje zarówno korzystanie z wiedzy o tym, jacy byliśmy, gdy kształtowała nas głównie natura, oraz wiedzy na temat rynku i kapitału, gdyż kapitałem w mojej ocenie są nie tylko zasoby pieniężne czy materialne, ludzie rywalizują też przecież o komfort psychiczny, o pozycję w grupie, o potencjalne wsparcie i oparcie w członkach naszych małych czy dużych stad.
Choć możemy udawać, że nie dostrzegamy tego zjawiska, to takim właśnie pełnym rywalizacji rynkiem stała się jakaś część sfery romantycznej. Część oczywiście nieobejmująca wszystkich doświadczeń, jakie można z nią współcześnie mieć, ale wystarczająco duża i widoczna, by wpływać na całokształt codzienności.
Relacje partnerskie z mniejszą lub większą otoczką emocjonalną są dziedziną mającą zapewnić szczęście jednej osobie, wynikające z obcowania w ten lub inny sposób z osobą inną. Samo w sobie jest to zjawisko piękne i dające wielu tak cenny przecież sens życia, nie wspominając już o dużej dawce przyjemności.
Jednakże zastanówmy się, w czym tkwi istota zmiany tego, jakie podejście mamy teraz, a jakie podejście funkcjonowało w poprzednich dekadach, a nawet stuleciach.
Przed wolnościową zmianą podejścia do relacji, towarzyszące im zasady i rytuały społeczne miały na celu nie zapewnienie indywidualnego szczęścia jednostki, lecz stabilizowanie struktury społecznej. Zwłaszcza że, wracając do punktu pierwszego trochę, w znającej się na co dzień lokalności taka destabilizacja byłaby szybko i boleśnie odczuwalna.
W stanie naturalnym trwa selekcja w ramach konkurencji o partnera, i nie każdy znajdzie sobie drugą połówkę; jest to zjawisko oczywiście na swój sposób cenne i stanowiące rdzeń ewolucji.
O najbardziej pożądanych mężczyzn konkuruje jednocześnie wiele kobiet i oczywiście vice versa. Ci, którzy są obiektami tej konkurencji, nie związani konwenansami monogamii, mogą nie tyle wybrać tę czy tego, który najbardziej im odpowiada, co mieć relacje po kolei lub jednocześnie z wieloma z konkurujących.
Oczywiście wiem, że wielu z was zapali się w głowie antyincelska lampka ostrzegawcza, ale proszę, dajcie uwagę, że przyjęcie tej jednej obserwacji nie oznacza z mojej strony akceptacji pozostałych krzywdzących wniosków tej przykrej i szkodliwej pseudoideologii. Faszyści uważali, że człowiekowi potrzebna jest woda do przeżycia, i zgadzanie się z nimi w tej kwestii nie oznacza zgadzania się w innych.
Opisany wyżej układ przynosi największe korzyści, i tutaj, z wszelkimi ruchami z tzw. manosfery, mam votum separatum, nie kobietom jako takim, lecz jedynie tej najbardziej pożądanej części populacji, chociaż to też jest dyskusyjne, aczkolwiek to mówię jedynie celem drobnego zaznaczenia, gdyż artykuł obecnie już i tak jest dość długi, więc temat wpływu pokus hedonizmu na człowieka tutaj sobie podarujemy.
Część skupionych na pogoni za tymi najlepszymi, nawet jeśli udaje im się wchodzić od czasu do czasu w relacje, żyje często w wiecznym poczuciu niewystarczania, niemożliwości zatrzymania partnera przy sobie na dłużej bez towarzyszącego poczucia lęku o utratę. Gdy zaś wszystkie ich starania o pewność i stabilność zdają się spełzać na niczym, narasta w nich frustracja, poczucie destabilizacji życiowej i zwiększającego się chaosu.
Zaś ta zupełnie nienadająca się z rozmaitych przyczyn do brania udziału w tym trudnym i stresującym wyścigu grupa, odrzuceni mężczyźni i odrzucone kobiety, niestety nie wiążący się ze sobą wzajemnie (ponownie kierując się przede wszystkim paradygmatem atrakcyjności i dość krótkoterminowo rozumianego szczęścia zamiast zewnętrznie wymuszaną stabilizacją ich własnego oraz społeczności życia), którzy partnera nie mieli wcale, lub jedynie sporadycznie i niezbyt długo, abstrahując już od zjadającej ich czas i energię frustracji, popadają w najbardziej istotne dla tego artykułu i niebezpieczne dla społeczeństwa zjawisko apatii i obojętności.
Apatia i rezygnacja są dość zrozumiałe, gdy połączymy: życie wśród obcych ludzi, często daleko od domu, bez pomagających poprzednim pokoleniom zasad i rytuałów, które pozwalałyby im w akceptowalny społecznie sposób zbliżyć się do innych. Poczucie, że ich starania, nawet bardzo intensywne, dają im bardzo małą szansę na osiągnięcie swoich naturalnych celów i pragnień związania się z drugą osobą i stworzenia rodziny.
Doświadczający poczucia niemożliwości podstawowych, koniecznych i obecnych w ludzkiej cywilizacji od tysięcy lat warunków, przestają widzieć sens w swoich staraniach. Przestają wierzyć w swoją moc sprawczą, a do tego ich mózg odbiera jedynie wyjętą z kontekstu sytuację znajdowania się poza stadem.
W takiej sytuacji wysyła on stałe bodźce stresu i strachu. Bodźce bardzo przydatne w prehistorii, gdy odłączyło się od plemienia w dziczy i potrzebowało adrenaliny i kortyzolu, by zmusić ciało do odnalezienia stada, natomiast współcześnie jedynie zatruwające mózg nadmiarem kortyzolu i stałym, mało intensywnym, ale nieustannie oddziaływującym, często wieloletnim poczuciem stresu i strachu, które niszczą struktury organizmu na poziomie fizycznym (źródło nr 5 u dołu artykułu). Najbardziej zaś taki przewlekły stresogenny stan zapalny wyniszcza nasze mitochondrialne fabryki energii, sprawiając, że nie dość że ciężej jest znaleźć sens w zmotywowaniu się do działania, to nawet wówczas po prostu brakuje energii.
Podsumowanie i jeździec trzeci:
A zatem mamy wyalienowaną, pozbawioną swoich lokalnych społeczności, a często również możliwości tworzenia satysfakcjonujących relacji, klasę bezkapitałową. Celowo nie używam wyrażenia klasa pracująca, gdyż w tej perspektywie dotyka to nie tylko robotników, ale też relatywnie zamożną klasę średnią. Tutaj skupiam się przede wszystkim na pracownikach, jednak uznałem, że warto zaznaczyć, że nie jest to zjawisko, które uważam za do nich ograniczone.
Jedyną namiastką koniecznej do przetrwania dnia, chociaż pozornej satysfakcji, dla wielu stają się ekrany komputerów, nasz trzeci jeździec apokalipsy.
Wirtualny świat, w którym można znaleźć protezy tego, co utraciliśmy w tym prawdziwym. Zamiast społeczności sąsiedzkiej, grupki na Facebooku. Zamiast znających się latami przyjaciół, regularni widzowie tego samego youtubera czy influencera. Będę w tym momencie nieco banalny, ale muszę też dodać: dla wielu chłopców zamiast bliskości i czułości, pornografia i OnlyFans. Dla młodych dziewczyn tak bardzo pragnących spełnienia i docenienia, a nie mogących zaspokoić go w miłości i rodzinie, występowanie na owych OnlyFansach.
Należy teraz powiedzieć o kolejnym kluczowym, będącym pewnego rodzaju spoiwem wspomnianych dotychczas cegiełek zagłady elemencie: dopaminowym deficycie skupienia uwagi. Wiecznej pseudo-stymulacji, niepozwalającej się pojawić zdrowej, motywującej do poszukiwania doznań w prawdziwym świecie nudzie.
Zapewniającej szkodliwy, fastfoodowy półprodukt. Bardzo toksyczny półprodukt, zaznaczmy, przez zatrucie, którym coraz więcej ludzi łapie się na tym, że nie jest w stanie przeczytać książki od początku do końca, bo będąc na drugim rozdziale ich mózg już oczekuje na nową podnietę. Myśli o innej książce, lub o tym, że może lepiej byłoby teraz oglądać film, albo zagrać w grę, albo przejrzeć Tiktoka, albo przejrzeć Youtuba. Niezależnie od tego, którą czynność wybierze, stale myśli o wszystkich innych, w żadnej nie mogąc znaleźć satysfakcji, jaką pamięta doświadczał jeszcze w latach młodości.
Ludzie regularnie przyłapują się na ambitnych planach i zajęciach, za które się wezmą po skończeniu pracy zarobkowej. Myślą, że pójdą do biblioteki, albo na kółko dyskusyjne, albo do kina. Lecz koniec końców i tak lądują ze smartfonem w dłoni na kanapie, przeglądając Tiktoki, i nie do końca orientując się, w jaki sposób tam się znaleźli. Jak to możliwe, że już wybiła godzina dziesiąta wieczorem?
Ten ostatni nieco „boomerski” akapit pojawił się w tym tworze, który wam napisałem, by uzupełnić obrazek, który dla wielu z was być może zawsze był klarowny, a być może, na co mam nadzieję, dzięki tej pisaninie dopiero się wyklarował.
Co otrzymamy po połączeniu tych trzech elementów? Jaki twór będzie leżał u podstaw i definiował ogromną część rzeczywistości? Często postrzeganej jedynie przez teatr polityków, wojskowych i kapitalistów u góry.
Otóż na dole mamy wspólne problemy doświadczane osobno. W pracy czy na ulicy często widzisz anonimowe lub jedynie pobieżnie znane twarze. Obcych ludzi, którzy choć są częścią tych samych zjawisk, nie potrafią przeżywać ich wspólnie, jako grupa. Jako zżyta lokalność, w której siłą rzeczy się ze sobą rozmawia, radzi, działa, jednoczy. Dziś wiele tej lokalności jest rozbite na atomy tak dalekie, że nie potrafią już wejść ze sobą w interakcję.
Ciężko mieć wrażenie, że ma się towarzyszy, z którymi można wspólnie walczyć. Ciężko nie mieć wrażenia, że nie bardzo jest po co walczyć. Brak perspektywy stworzenia swojej stabilnej i ciepłej wspólnoty, brak perspektywy zostawienia czegoś po sobie, brak perspektywy zaspokojenia swoich podstawowych potrzeb romantycznych, czy to z uwagi na brak możliwości wejścia w związek, czy to z uwagi na brak możliwości utrzymania go bądź zbudowania w nim silnej emocjonalnej więzi, zaangażowania.
Taki brak naturalnie kieruje w defetyzm, bardzo sprytnie sterowany podsycającymi emocje algorytmami, które dają jasne źródło do wyładowania frustracji tym, którzy akurat nie wyładowują jej już autoagresją i nienawiścią do samego siebie. Kobiety mogą winić patriarchat, seksizm, inceli i szowinistów. Mężczyźni mogą zanurzać się w różnorakich „pillach” i znajdować problemy u przeciwnej płci.
Wszystko to sprawia, że człowiek nie dość, że jest twierdzą samotną, to jeszcze oblężoną. To nie tylko rozbicie polegające na tym, że na zewnątrz jest ktoś nieznany, to rozbicie, które świadomie lub podświadomie wpaja, że na zewnątrz znajduje się wróg.
Jak jednostka, otoczona przez w najlepszym wypadku obcych, a w najgorszym wrogów, przytłoczona ciągle dochodzącymi ją sygnałami o waleniu się świata, w którym się urodziła, przytłoczona tęsknotą, często nieokreśloną, niezrozumiałym brakiem, niespełnieniem i totalną bezsiłą, miałaby stawiać czoła czemukolwiek?
Ba, jak taka istota miałaby myśleć o czymkolwiek, gdy to myślenie nie przynosi żadnej nadziei, a jedynie ból? A przecież tuż pod ręką ekran smartfona wzywa, daje ulgę, daje chwilową ucieczkę w śmieszne pieski, kotki, proste recepty fajowych polityko-kumpli.
Jeśli patrząc za okno nie widzisz możliwości, nie widzisz ludzi, których znasz od lat, nie widzisz wspólnoty, a jedynie zagrożenia i strach, to różnice między twoją codziennością a pobytem w celi więziennej stają się coraz mniejsze.
Zastanawiam się, czy trzeba teraz koniecznie wprost nakreślać, mimo tytułu tego artykułu, jak to wpływa na kwestie makropolityczne, bo wydaje mi się, że samo opisanie tych zjawisk i złączenie ich w całość daje odpowiedź.
W tej perspektywie oczywistym jest, dlaczego związki zawodowe zanikły, dlaczego jest coraz mniej masowych ruchów pragnących zmian. Prób okiełznania coraz bardziej wtłaczającego się w ludzkie mózgi AI. Prób zmuszenia elit Zachodu do wyjścia z niegnijącego, ale już dawno zgnitego status quo. Zanim zrobi to za nie jakiegoś rodzaju faszystowskie, proste do sprzedania rozwiązanie, bo pozwalające uwolnić wynikające z niedoczłowieczeństwa codzienności pokłady podskórnej frustracji i nienawiści. Przystosowany do życia w zrozumiałej liczebnie, znanej grupie rozwiązującej krótkoterminowe wyzwania na sawannie organizm znalazł się w samotnym, przerażonym technopiekle.
Wszystkie duże struktury składają się z małych, to banał, w zasadzie po co o tym mówić. Ale być może potrzebujemy teraz powiedzenia tego banału, powiedzenia czegoś oczywistego. Siedzimy, do cholery, u lekarza z płonącą głową i zastanawiamy się, dlaczego źle się czujemy, podczas gdy budulec społeczeństwa to zamknięci w celi strachu i nienawiści, niedoświadczający, niedożywający niedoludzie.
Amadeusz
Źródła:
- https://link.springer.com/article/10.1007/s00787-025-02779-6
- https://repozytorium.uwb.edu.pl/jspui/bitstream/11320/13192/1/A_Sadowski_Spoleczne_problemy_miejscowosci.pdf
- https://www.eurofound.europa.eu/en/publications/all/declining-trade-union-density-examined
- https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/23585378/
- https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC5901654/
- https://population-europe.eu/research/policy-insights/why-relationship-recession-affects-our-well-being-europe






















































































