Poniżej znajdziecie zapis rozmowy z Arkadiuszem vel „Pestką”. Znacie go jako wokalistę Schizmy, czyli jednego z najdłużej działających zespołów HC w Polsce. Ten wywiad jednak nie będzie poświęcony zespołowi, chociaż siłą rzeczy Schizma się przewija raz po raz. A o czym rozmawialiśmy? W sumie o wszystkim. O historii, o teraźniejszości, o polityce. Jest też kącik porad dla młodych wokalistów. Są również odpowiedzi na pytania, których nie chcieliście zadać.
Zapraszam. PS. Rozmawialiśmy w połowie lutego 2022, czyli jeszcze przed atakiem putlera na mieszkańców Ukrainy, stąd brak w rozmowie tego tematu.
Na początku chciałem Cię zapytać o Janikowo, czyli miejsce, w którym się urodziłeś. Opowiedz, jak długo tam mieszkałeś? Jak wyglądało życie w takim miejscu? Była jakaś ekipa?
W Janikowie mieszkałem do rozpoczęcia studiów w Bydgoszczy. Co do ludzi, to była kilkuosobowa załoga HC/Punk, z którą tworzyliśmy pierwsze zespoły, czyli Die Schrapnel i MAD. Było też kilku kumpli metalowców, w sumie pewnie było kilkanaście takich osób, co jak na Janikowo, nie było małą ilością.
A skąd u Ciebie się wzięło zainteresowanie taką muzyką, czy też takim stylem życia?
Mój kuzyn z Torunia, miał takiego sąsiada, który był posiadaczem mnóstwa nośników z muzyką. Dodatkowo kuzyn grał też w punkowym zespole w Toruniu, co mi niesamowicie imponowało. Zresztą, mój perkusyjny bakcyl wziął się właśnie od niego. No i pewnego razu kuzyn zabrał mnie do tego sąsiada, i od niego otrzymałem pierwsze nagrania. Pamiętam do tej pory, że strasznie mnie wtedy pozamiatało Bad Brains. A jak się okazało, że są to Afroamerykanie, to było to dodatkowo szokujące. Również od niego poszło No Means No. Aczkolwiek niezależnie od mojego kuzyna, krążyły już u nas też nagrania Dezertera na kasetach. Wtedy również można było znaleźć taką muzykę w niektórych audycjach radiowych, stąd pamiętam, poznałem Cro Mags i Agnostic Front, a także crossovery typu M.O.D. czy S.O.D. Jeszcze oczywiście znak tamtych czasów, czyli kupowanie pirackich kaset. Także źródeł poznawania takiej muzyki było w sumie kilka.
A jak wyglądała sytuacja z nazi skinami w Janikowie w tamtych czasach? Pytam, bo wtedy w większych miastach była to plaga i realny problem dla ludzi o poglądach alternatywnych.
Nie, w Janikowie nie mieliśmy takich problemów. Był temat tzw. Dyskomułów, czyli małomiasteczkowych dyskotekowców i tutaj występowały problemy. Były jakieś utarczki na mieście, jakieś potyczki. Była też bójka z nimi po koncercie, jak robiliśmy przegląd zespołów alternatywnych w Janikowie. Przyjechały też ekipy z Inowrocławia, Mogilna i po koncercie odbyły się bitwy z nimi na stacji kolejowej. No ale to nie byli jacyś prawicowcy, tylko zwykłe buraki, czy też jakieś wczesne wersje pakerów.
Przenosisz się do Bydgoszczy, kończy się działalność zespołu MAD i pojawia się Schizma…
No tak… Były jeszcze próby ze SchizMaćkiem wspólnego grania w jego zespole thrash-metalowym Sorrow. Ze SchizMaćkiem znaliśmy się ze studiów i on jako pierwszy dołączył do Schizmy. Zresztą ze Schizmą znałem się też, bo organizowałem im koncert w Inowrocławiu w 1992 roku, gdzie graliśmy z MAD i grali tam również Kolaboranci. No i jak przeniosłem się do Bydgoszczy, to siłą rzeczy w tej ekipie zacząłem przebywać, początkowo towarzysko. Jakieś wyjazdy na koncerty, wpadanie na próby, wpadanie do studia podczas nagrywania „Miejskich depresji” i tak ewolucyjnie, jako napływowy element dołączałem do tej ekipy.
I jako ten napływowy członek Schizmy, licząc lata, jesteś najdłuższym stażem członkiem zespołu.
No tak wyszło. Kto by kiedyś pomyślał, że działanie Schizmy będzie można liczyć dekadami
To nawiązując do Twojego stażu w Schizmie. Nie miałeś momentów zwątpienia? Że masz już dość? Że już się wypaliłeś?
Nie! Nigdy nie miałem takich momentów. Pamiętajmy, że Schizma nigdy nie działała jakąś taką pełną parą, granie non stop i mega aktywność. My tutaj nie mamy żadnych zobowiązań wobec wytwórni płytowych, czy kogokolwiek. Nikt nam tutaj niczego nie każe. Robimy dokładnie tyle ile sami chcemy. Pewnie jakbyśmy dookoła tematu chodzili, to gralibyśmy non stop, a tak to gramy tylko tam, gdzie jesteśmy zapraszani. Sami nie wysyłamy zapytań o koncerty, chyba, że gdzieś jedziemy i po drodze mamy czas, aby gdzieś jeszcze zagrać. Więc nigdy Schizma nie była dla mnie jakimś obciążeniem, a z drugiej strony zawsze mnie to mega kręciło i nie wyobrażałem nigdy sobie sytuacji, aby z tym skończyć. Z drugiej strony wszyscy wiedzą, że różne zawirowania ze składem przez te dekady były, ale zawsze też był ktoś w gronie najbliższych przyjaciół zespołu, kogo można było zaprosić do grania. Schizma od długiego czasu jest integralną częścią mojego życia. A od pewnego czasu status zespołu poszedł w górę. Gramy na coraz lepszych warunkach, które generalnie zresztą uległy zmianie i rzadkością jest już wizja spania u kogoś na podłodze. Dostajemy do tego jakieś kieszonkowe, spanie w hostelach, gdzie można się wyspać, jest normalny backstage, jakieś jedzenie. Skończyła się również partyzantka co do sprzętu, więc nie mamy powodów do narzekań. A jeszcze nie tak dawno bywało, że jedziesz na koncert, na którym nic się nie zgadza, sprzęt sprzęga, akustyk totalnie najebany (o ile w ogóle jest), a organizator mówi, że nie ma kasy nawet na zwroty…
Co roku organizujesz w Mózgu w Bydgoszczy koncert Schizmy. Do udziału w tym koncercie zapraszasz zespoły nowe na scenie, debiutujące lub będące na początku swojej drogi. Powiedz, w jaki sposób je dobierasz.
Takim najbardziej oczywistym momentem są nasze koncerty w Polsce, na których gramy i możemy poznać inne kapele. Ja mam tak, że jak już jestem na koncercie, to słucham właśnie innych kapel. Jestem ciekaw co się teraz dzieje na scenie, z którą się przecież utożsamiamy. Zresztą często są to nasi dobrzy koledzy, czy też nawet można powiedzieć górnolotnie nasza scenowa rodzina. Zresztą generalnie, w większości zespoły ze sceny HC są dla mnie wartościowe, bo jak ktoś taką muzykę robi, to znaczy, że ma jednak coś do powiedzenia. Kwestia muzyczna czy też stylistyczna jest w tym momencie drugorzędna. Chociaż trzeba powiedzieć, że są zespoły, którym to wychodzi lepiej, ale są też takie którym gorzej. Dla mnie też jest ważna postawa, jaką zespół prezentuje, ludzie, którzy w nim grają. Poza tym zawsze z chłopakami robimy burzę mózgów kogo zaprosić. Kwaśny też podsyła różne ciekawe zespoły, bo siedzi w tym na bieżąco. I ostatecznie nigdy nie mieliśmy problemu, aby zapełnić scenę ciekawymi zespołami. Gorzej bywa w temacie odbiorców, bo scena się starzeje, i tak jak zespołów młodych cały czas przybywa, to średnia wieku uczestników pod sceną wzrasta.
Zawsze jako Schizma, także poza zespołem, jako ludzie, reprezentujecie postawę antynazistowską. Często też ze sceny mówisz o takich sprawach. Czy kiedykolwiek mieliście z tego powodu jakieś kłopoty? Czy to w trakcie koncertu czy to prywatnie?
W trakcie samego koncertu nie przypominam sobie żadnych takich akcji, bo nasza postawa jest na tyle znana, że nikt taki na nasz koncert nie przyjdzie. Byłoby to dla niego spore ryzyko. Już teraz nie ma takich sytuacji jak kiedyś, że na koncertach można było spotkać jakichś podejrzanych typków.
Teraz zdarzają się sytuacje kolesi typu maczo. Wtedy zawsze się konfrontuję z takimi osobnikami, co próbują rozstawiać na koncercie ludzi po kątach. Trzeba takiego delikwenta usadzić, wyprosić albo zareagować w taki sposób, aby zdał sobie sprawę z głupoty własnego zachowania. W takich sytuacjach ważna jest dla mnie pewność, że wszystkich chłopaków mam za sobą. Nieraz zdarzało się nam wspólnie takie sytuacje rozwiązywać. Mieliśmy taką akcję na koncercie, że dwóch delikwentów, takich git punków, żeśmy wynieśli. I to dosłownie. Mariusz jednego wyniósł, a drugi wyszedł na kopach… Potem z odsieczą dla nich przyjechał jakiś lokalny watażka, znany z tego, że nosi broń, a finał był taki, że zabrał poturbowanych kolegów do swojej Beemki, spalił jointa z ekipą i pojechał. A my wróciliśmy zagrać koncert. W Olsztynie też kiedyś mieliśmy najście na koncert nazi skinów. W klubie wtedy było poruszenie, aby na nich ruszyć. No i pobiegliśmy, tylko okazało się, że sami na nich biegniemy, a lokalsi zostali w tyle. Jak to często bywa, w jednej i drugiej grupie byli wspólni znajomi, więc jakoś to się rozeszło. Dla naszej ekipy skończyło się tym, że Młody dostał butelką w głowę i trzeba było jechać na szycie, potem z tą szytą głową grał koncerty. To z drugiej strony też było symptomatyczne, że dużo ludzi było takich szarych, nie określających się do końca po której są stronie. Raz był street punkiem, a raz nazi skinem, w zależności jak mu było w danym momencie wygodnie. Teraz te osoby o poglądach skrajnie prawicowych raczej przy koncertach się nie kręcą. Teraz są w klimatach chuligańsko-stadionowo-politycznych niż w subkulturowych. Co przekłada się na to, że koncerty nie są już najczęściej zagrożone ich działaniami, ale ich aktywność przeniosła się do innych sfer. I to jest bardzo niepokojące, że to przestała być jakaś nisza subkulturowa, z którą można było sobie poradzić. Teraz taka postawa stała się zjawiskiem masowym, politycznym. Ten trend prawicowości stał się aktualnie zresztą modny na całym świecie, nakręcany zarządzaniem przez strach, przeciwko takim czy innym grupom ludzi. Oczywiście nie da się ukryć, że nasz rząd też przyłożył do tego swoją rękę i w bardzo dużym stopniu przyczynił się do wzrostu takich tendencji. Cały czas taka retoryka strachu płynie w oficjalnych przekazach. Stawania przeciwko emigrantom, przeciwko LGBT, przeciwko krajom sąsiadującym z nami, przeciwko Żydom, właściwie przeciwko komukolwiek, kto w danej chwili może posłużyć za wroga i być winnym jakichś naszych porażek. A dla takich naziolków/chuliganów to jest idealne zaczepienie czy też usprawiedliwienie, że służą jakiejś wyższej sprawie, a nie takiemu po prostu napierdalaniu. W tym momencie pobicie emigranta czy geja w ich mniemaniu to postawa słuszna i patriotyczna, bo jest on zagrożeniem dla kraju. Smutne jest to, że ten mechanizm działa od lat i zawsze jest taki sam. Mijają pokolenia, a to cały czas się powtarza.

Kontynuując tematy społeczno-polityczne. Z wykształcenia jesteś nauczycielem i patrząc na to, co teraz się dzieje w edukacji to jak widzisz naszą przyszłość? W Czarn(kow)ych barwach?
Co prawda nie uczę w szkole, ale mam z dzieciakami do czynienia. Mogę powiedzieć, że dzieciaki nie są głupie. One na szczęście tą edukację czerpią z różnych źródeł. Otoczenie, środowisko, rodzice, media (na szczęście nie tylko narodowe) kształtują ich światopogląd i widzenie świata. Dzieciaki jak słuchają tych jełopów z rządu, to często to do nich nie trafia. One też potrafią dostrzec głupotę. Gorzej już z samą edukacją, rozumianą jako nauczanie poszczególnych przedmiotów, gdzie ten rząd robi wszystko, aby zniszczyć etos nauczyciela i zrobić z niego takiego roszczeniowego nieudacznika. Stąd też wielu nauczycieli z pasją, szuka sobie innego źródła zarobkowania. Uważam, że jeżeli nadal zawód nauczyciela będzie marginalizowany, to będą do szkół trafiać coraz słabsi nauczyciele, niestety. Do tego jeszcze jak weźmiemy pod uwagę przeidealizowanie polityczne i religijne szkoły, to ukazuje nam się całościowy dramat, bo jest to po prostu zaprzeczenie edukacji. Pandemia też nie pomogła, a dodatkowo ministerstwo edukacji odpowiedzialność za nauczanie on-line zrzuca na nauczycieli, do czego nikt ich nigdy nie przygotował. Nadzieja jest wśród młodzieży, która wchodzi w dorosły wiek i w związku z tym nastąpi wymiana pokoleniowa osób głosujących w wyborach i jakaś zmiana nastąpi. Podstawą społeczeństwa jest przecież edukacja, zaraz potem służba zdrowia, i na to powinny iść wydatki państwa a nie jak u nas na kościół czy armię. Ale z drugiej strony zwłaszcza aktualnie rządzący wiedzą, że ludzie wykształceni to nie są ich wyborcy. Krótko mówiąc, to jest rząd, który nie promuje edukacji, a bardziej stawia na socjal. W przyszłości to będzie miało katastrofalne skutki. Nie wiem, jaki argument może teraz dotrzeć do młodych osób, aby chciały być nauczycielem. Aktualnie nauczyciele w wieku 40+ są uważani za młodych nauczycieli, bo młodszych w szkole trudno już znaleźć. Wszystko wskazuje na to, że po aktualnych rządach, nasza szkoła będzie musiała przejść rewolucyjną zmianę. Taką, jak na przykład w Finlandii. Gdzie w latach 70’tych przeprowadzono totalną reformę szkolnictwa, ze względu na słabe wyniki w nauce i teraz Finlandia bije wszystkie kraje na głowę w wynikach nauczania.
Mówiłeś o różnych źródłach zdobywania informacji, głównie wirtualnych takich jak Internet. Czy uważasz, że jest jeszcze miejsce na gazety czy ziny? Kilka zinów wciąż się ukazuje w formie fizycznej papierowej. Zdarza Ci się jeszcze czytać papierowe wydania?
Nie, szczerze mówiąc ja zinów nie czytam. Może dlatego, że cały czas jestem częścią tej sceny, jeżdżę na koncerty, rozmawiam z ludźmi. Niektóre tematy, które poruszają ziny po prostu mnie nie interesują. Ale myślę, że miejsce dla nich jest. Jest to jakaś forma wspierania ważnych inicjatyw, a wielu informacji nie znajdziesz na żadnych portalach internetowych. Jak tak teraz o tym myślę, to może faktycznie też raz po raz powinienem kupować jakiegoś zina. Książki mimo wszystko nie zanikają, więc myślę, że ziny też nie zanikną. Typowe gazety z wiadomościami na pewno będą coraz rzadziej czytane, bo coraz więcej ludzi jednak szuka wiadomości w Internecie. Pytanie oczywiście, czy wydawcy zinów są w stanie utrzymać to ekonomicznie.
To jest oczywiste, że z wydawania zinów nikt nie jest w stanie się utrzymać…
No tak, wiadomo. To tak jak z naszej muzyki. Bawi mnie zawsze pytanie, padające ze strony osób postronnych, czy „idzie z tego wyżyć” … Tak, jasne. Może na waciki.
Berlin to miejsce bliskie Tobie. Bywasz tam często, płytę Schizmy „Hardcore enemies” wydawał berliński label „Mad Mob”. Pytanie, dlaczego tak lubisz to miasto i czy nie myślałeś kiedyś, aby tam zamieszkać?
Tak, to dosyć ciekawa historia. To był łańcuch wydarzeń. Na koncercie w Złotowie, gdzie grało 25’Ta Life, Rick Ta Life kupił od nas, od Schizmy, chyba 20 kaset z materiałem „Unity 2000”. Wziął je do swojego distro, do sprzedaży w dalszej części trasy. Jedną sztukę od niego kupił nasz ziomek ze Stuttgartu, Jogges z zespołu Sidekick i Jens, organizator koncertów w Niemczech. Jensowi materiał się spodobał, skontaktował się z nami za pomocą listu, bo to była forma komunikacji w 1998 roku i dzięki niemu zagraliśmy kilka koncertów na południu Niemiec. Również na dużym kilkudniowym festiwalu Southside. Tam przyjeżdżał David z Cortex’u ze swoim distro i tak właśnie się poznaliśmy. Jakoś tak poszło, że się zaprzyjaźniliśmy. I tak każdego roku odwiedzamy go w Berlinie, chociaż teraz już bez pomieszkiwania u niego. Można powiedzieć, że kiedyś długie majowe weekendy w Berlinie to była tradycja. Czy myślałem o przeprowadzce? Nie, nie miałem nigdy takiego noża na gardle, typu nagła utrata pracy, że wtedy zastanawiasz się co dalej. Wiesz, zawsze też był zespół i nie wyobrażałem sobie zostawić tego wszystkiego. Miałem możliwość wyjazdu do Londynu czy Berlina, ale nie wiem co miałbym tam robić. A ja swoją pracę tutaj lubię. Lubię też wszystkie rzeczy, które teraz robię. Dodatkowo dziecko, szkoła… Nie wyobrażałem sobie tego. A z drugiej strony Berlin jest tak blisko, że w każdej chwili możemy tam pojechać.
Na koniec pytanie o radę dla młodych wokalistów. Jak dbać o swoje gardło? Masz jakieś sposoby po tylu latach krzyczenia na scenie?
Właśnie jestem w trakcie oglądania na YouTube filmików na ten temat. Niedługo wchodzimy do studia, a ze względu na wykonywaną pracę, mam totalnie zajechane gardło. Cały dzień mówię i potem, jak wieczorem mam koncert, to już jest ciężko. Właściwie to ja mam cały czas chore gardło. No i stwierdziłem, że czas coś z tym zrobić. Także trafiłeś z pytaniem. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia, to rada jest taka, aby faktycznie dbać i ćwiczyć swoje gardło. Nie po 30 latach krzyczenia tak jak w moim przypadku, tylko dużo wcześniej. Można robić różne ćwiczenia, jest ich naprawdę sporo. Jak się patrzy na te filmiki i ćwiczenia, to często są one zabawne, a z drugiej strony nie wyobrażam sobie być sąsiadem takiej ćwiczącej osoby. Podstawa to kontrolowane wydobywanie głosu z kontrolowanym oddechem, a to nie są proste sprawy. Ja tego niestety nie potrafię. Na szczęście nie jesteśmy zespołem, który jeździ w długie trasy, najwyżej kilka koncertów z rzędu. Czasami przyznaję, że jest to loteria i zastanawiam się, do czego mój głos będzie się nadawał następnego dnia, zwłaszcza podczas trzeciego koncertu z rzędu. Więc, tak zaczynam ćwiczyć. Pięć dych na karku to najwyższy czas, aby o ten głos trochę zadbać. Znalazłem taki film dokumentalny „Zen of screaming”. Bohaterką jest nauczycielka od aktorstwa i śpiewu, która ma pod opieką różnych krzykaczy z ciężkich zespołów. Są tam ludzie głównie ze sceny metalowej, ale nagle, co ja paczę? A tam Freddy Madball i Toby Morse z H2O. I widzisz Freddy’ego jak na filmie ćwiczy gamę i mówi, że długo nie mógł się przełamać, ale w końcu stwierdził, że jest mu to koniecznie potrzebne. Także pamiętajcie młodzi wokaliści o oddechu i pracy przeponą.
Wielkie dzięki!























































































